Dziesięć minut po północy w szpitalu przy ulicy Walczaka doszło do tragedii. Na oddziale zamkniętym spłonął 44-letni pacjent lecznicy. Wszystko wskazuje na to, że mężczyzna sam mógł zaprószyć ogień. "Pacjenci oddziału mieli bowiem dostęp do papierosów" - mówi rzecznik szpitala Krzysztof Cichowlas.
Był to mężczyzna o głębokich zaburzeniach psychicznych. Wiadomo też, że do szpitala trafił ze stwierdzonymi skłonnościami piromańskimi. Jak powiedział nam rzecznik prasowy Komendanta Miejskiego Policji Sławomir Konieczny, mało prawdopodobny jest udział w tej tragedii osób trzecich. Żaden inny pacjent oddziału nie ucierpiał w zdarzeniu, nikt niczego nawet nie zauważył, gdyż mężczyzna przebywał w oddzielnym pomieszczeniu. "Był zamykany na noc, ponieważ zachowywał się bardzo agresywnie w stosunku do innych pacjentów" - tłumaczy Krzysztof Cichowlas.
Policja pod nadzorem prokuratora będzie teraz wyjaśniać okoliczności sprawy.
Komentarze