To historia o kopercie, która jest, a tak naprawdę to jej nie ma, i o tym, co może grozić temu, kto próbuje rozwikłać tę zagadkę. Pan Adam przyjechał do szpitala przy ul. Dekerta z niepełnosprawnym teściem. Postawił auto na kopercie na płatnym parkingu, prowadzonym przez szpitalną Solidarność. Po powrocie do samochodu panowie usłyszeli, że zapłacić muszą, bo "tak naprawdę to koperty tam nie ma".
Najbardziej oburzyło ich jednak to, w jaki sposób zostali potraktowani przez przedstawiciela związku, gdy domagali się wyjaśnień.
"Zostałem po prostu nazwany gnojem" - skarży się pan Adam. Przewodniczący szpitalnej solidarności Andrzej Andrzejczak mówi, że trudno mu uwierzyć w to, że jego pracownicy stosowali upomnienia w formie obelg. Tłumaczy też, że koperta, na której stanęło auto pana Adama to już nieaktualny, wyblakły znak. Andrzej Andrzejczak dodaje, że związek wielokrotnie już interweniował w sprawie powiększenia liczby kopert, jak dotąd jednak nieskutecznie.
Komentarze